Katarzyna Knurowska projektuje uśmiechy, które przyciągają uwagę, ale nie zdradzają ingerencji.
Jest technikiem dentystycznym i zajmuje się cyfrowym projektowaniem uśmiechu. Pracuje na skanach wewnątrzustnych, zdjęciach i modelach 3D, a jej praca kończy się w chwili, gdy ktoś inny wkłada ją komuś do ust. Piękne zęby są tu celem, nie efektem ubocznym. Chodzi o to, żeby były piękne tak, jak bywają piękne zęby naturalne, a nie tak, jak wygląda dobrze wykonana proteza.
Napisaliśmy do niej, bo w jej zawodzie perfekcja jest dziś tania, a naturalność droga.
Program potrafi zaprojektować idealnie symetryczny łuk w kilka minut. Skopiować jedną stronę na drugą, odbić ząb w lustrze, wyrównać wszystko do matematyki. Ona bardzo często świadomie tego nie robi. Ciekawiło nas, skąd wie, kiedy przestać, i co widzi w twarzy pacjenta, czego program nie widzi.
Poniżej jej odpowiedzi, skrócone, ale jej słowami.
To nie jest rozmowa o technologii, choć technologii jest w niej dużo. To rozmowa o tym, po czym poznaje się, że coś do kogoś pasuje.
Zanim przejdziemy do pytań, jej własny opis tego, jak wygląda ta praca.
Punktem wyjścia są skany wewnątrzustne, uzupełnione o fotografie i dodatkowe dane, które pozwalają analizować nie tylko zęby, ale też ich proporcje względem twarzy i całego uśmiechu pacjenta. Na tej podstawie powstaje cyfrowy projekt, indywidualny dla konkretnej osoby, jej anatomii, rysów twarzy i oczekiwań. Kolejny etap to przeniesienie go z wirtualnej przestrzeni do rzeczywistości: frezowanie koron z odpowiednio dobranego materiału.
I właśnie tutaj technologia spotyka się z rzemiosłem. Wyfrezowana korona nie jest końcem procesu. Przez mikrowarstwowanie, napalanie ceramiki, indywidualną charakteryzację oraz nadawanie odpowiedniej struktury, gradacji koloru i przezierności odtwarza się cechy, które obserwujemy w naturalnym uzębieniu. Jak mówi sama Katarzyna Knurowska, technologia daje precyzję i powtarzalność, ale to wiedza, doświadczenie i ręka technika nadają zębom indywidualność i życie. To te detale sprawiają, że zaprojektowany uśmiech może być spektakularną zmianą, a jednocześnie nadal wyglądać naturalnie.
Projektuje Pani uśmiech na ekranie, zanim ktokolwiek zobaczy go w twarzy. Po czym Pani poznaje, że projekt jest dobry, jeszcze zanim ktoś go założy?
Projektowanie uśmiechu nie polega na wybraniu ładnego kształtu zębów z biblioteki i ustawieniu go na modelu. Już na etapie analizy dostajemy bardzo dużo informacji: linię środka, płaszczyznę zgryzu, skany wewnątrzustne, dokumentację fotograficzną. Dziś mamy też skan tkanek miękkich i uśmiechu pacjenta jako plik 3D, a to ogromny krok naprzód, bo zdjęcie 2D nie oddaje trójwymiarowości twarzy.
Bardzo dużo zależy od współpracy z lekarzem. Przy dużych metamorfozach wymagam między innymi właściwie wykonanego zdjęcia twarzy w dużym przybliżeniu, frontalnie: pacjent siedzi prosto, patrzy na wprost, nie opiera głowy. Każde odchylenie może później zaburzyć interpretację proporcji.
A po czym poznaję, że projekt jest dobry? Wtedy, kiedy po pewnym czasie potrafię spojrzeć na niego drugi, trzeci raz i nie widzę elementu, który chciałabym zmienić. I kiedy każda kolejna próba „ulepszenia” sprawia, że zaczyna wyglądać gorzej. Wtedy wiem, że to właściwy moment, żeby przestać.
Bardzo ważny jest też mock-up, czyli wczesna przymiarka. Projekt przestaje być wizualizacją na ekranie, pacjent widzi go w swojej twarzy i ocenia, jak się z nim czuje. Program może pomóc stworzyć wizualizację, ale to doświadczenie pozwala ocenić, czy projekt jest harmonijny, funkcjonalny i stworzony właśnie dla tej konkretnej osoby.
Ludzie mówią „chcę ładne zęby”, ale ładne dla dwudziestolatka i dla sześćdziesięciolatka to nie to samo. Skąd Pani wie, co pasuje do konkretnej osoby, a nie do aktualnej mody?
Samo „chcę mieć ładne zęby” to dla mnie zdecydowanie za mało. Nie istnieje jeden uniwersalny uśmiech, który można zastosować u każdego. To, co wygląda naturalnie u dwudziestolatka, niekoniecznie będzie właściwe u osoby sześćdziesięcioletniej, i odwrotnie.
Dobór kształtu zębów nie jest przypadkowy. W protetyce mamy klasyfikacje i zasady, które odnoszą formę zębów do kształtu i proporcji twarzy, nosa, ogólnej budowy. Są też klasyczne koncepcje bardziej kobiecego lub męskiego charakteru zębów. Nie traktuję tego jak sztywnego schematu, to baza, którą łączę z doświadczeniem i analizą konkretnej twarzy. Nie projektujemy przecież zębów dla klasyfikacji, projektujemy je dla człowieka.
Wiek daje wiele wskazówek. U młodej osoby zęby mają wyraźniejszą anatomię, zachowane guzki, większą przezierność brzegów siecznych. U starszej pojawiają się starcia, mikropęknięcia, brzegi wyglądają inaczej. Takie elementy można świadomie uwzględnić w projekcie, jeśli zależy nam na naturalnym efekcie. Ale to nie znaczy, że starszemu pacjentowi automatycznie projektujemy ciemniejsze zęby. Możemy zrobić bardzo jasny uśmiech u osoby dojrzałej i nadal będzie naturalny. Kluczowe jest, żeby kolor współgrał z całą twarzą, z karnacją, nawet z białkami oczu. Im jaśniejsze białka i cała twarz, tym większa swoboda w doborze jasnego odcienia bez efektu sztuczności.
I jeszcze jedno: zanim zaczniemy myśleć o estetyce, trzeba stworzyć dla niej warunki. Pacjentka może przyjść po piękne licówki, a diagnostyka pokazuje wadę zgryzu, stłoczenia, kamień. Wtedy najpierw higienizacja, leczenie, ortodoncja, czasem chirurgia, i dopiero na zdrowej podstawie budujemy odbudowę. Za jednym zdjęciem „przed i po” bardzo często stoi wiele miesięcy pracy kilku specjalistów. Trend może być inspiracją, ale nie powinien decydować o tym, jak będzie wyglądał człowiek. Najważniejsze jest dla mnie, żeby po leczeniu nie było widać przede wszystkim pięknych zębów. Chciałabym, żebyśmy zobaczyli człowieka, do którego ten uśmiech po prostu pasuje.
Idealnie równy, biały uśmiech od razu wygląda na sztuczny. Co Pani celowo zostawia niedoskonałe, żeby praca wyglądała na prawdziwą?
To prawda. Idealnie proste, perfekcyjnie symetryczne zęby w bardzo jasnym kolorze szybko dają efekt „wklejonego” uśmiechu, tego, co żartobliwie nazywamy ceramiką łazienkową. W naszym zawodzie przyjmujemy, że jeśli pacjent się uśmiecha i pierwsze, co zauważamy, to że ma wykonane uzupełnienia, to gdzieś została zatracona naturalność.
Naturalność zaczyna się na etapie materiału, na tym, jak światło przenika przez odbudowę. Ale najciekawsza jest symetria. Dzisiejsze programy pozwalają stworzyć uśmiech niemal matematycznie idealny. Mogę zaprojektować jedną stronę łuku i skopiować ją na drugą, stworzyć jeden ząb i idealnie odbić jego odpowiednik. Tylko że ja świadomie bardzo często tego nie robię.
Naturalny uśmiech nie jest symetryczny. Zęby po prawej i lewej stronie nie są swoimi kopiami, minimalnie różnią się ustawieniem, rotacją, kształtem. I właśnie te niewielkie różnice sprawiają, że odbieramy go jako prawdziwy. Dlatego ustawiam każdy ząb indywidualnie, zgodnie z zasadami zawodu i warunkami zgryzu, ale zostawiam też miejsce dla wyczucia i, mówiąc najprościej, ręki technika.
Nie chodzi o to, żeby celowo zrobić coś źle. To bardzo ważne rozróżnienie. Chodzi o świadome odejście od matematycznej perfekcji tam, gdzie zabiłaby naturalność. Idealny uśmiech można dziś stworzyć jednym narzędziem w programie. Naturalny wymaga oka, doświadczenia i decyzji technika, kiedy tej perfekcji po prostu nie użyć.
Pracuje Pani na modelu, a nie z żywym człowiekiem naprzeciwko. Ile trzeba o tej osobie wiedzieć, żeby projekt do niej pasował?
Ta praca bardzo się zmieniła. Kiedyś pracowaliśmy na modelach odlewanych z wycisków. Dziś lekarz skanuje jamę ustną i jednym kliknięciem, gdy pacjent jeszcze siedzi na fotelu, wysyła skan do laboratorium. Mogę go od razu otworzyć i przekazać uwagi, często planujemy dalsze kroki razem, na żywo. Technik nie pracuje już „na modelu”. Pracujemy na bardzo dużej ilości cyfrowych informacji o pacjencie, tylko trzeba umieć je odczytać.
Nie muszę znać pacjenta prywatnie. Nie muszę wiedzieć, czym się zajmuje ani jaką ma osobowość, żeby zaprojektować dobry uśmiech. Potrzebuję właściwych danych i umiejętności ich interpretacji. Punktem wyjścia są często naturalne zęby pacjenta, nawet jeśli to właśnie je chcemy zmienić. Pokazują mi, skąd startujemy i jak daleko mogę odejść od tego, co ta osoba miała do tej pory.
I tu jest jedna z trudniejszych rzeczy w tej pracy. Istnieje bardzo cienka granica między uśmiechem, który jest zupełnie inny i daje efekt spektakularnej metamorfozy, a zębami, które zaczynają wyglądać obco. Nie chodzi o to, żeby wiedzieć o pacjencie wszystko. Chodzi o to, żeby z dostępnych danych wyciągnąć to, co potrzebne, i zaprojektować uśmiech, który będzie nowy, a mimo to będzie wyglądał, jakby od zawsze należał do tej twarzy.
Program potrafi dziś zaproponować gotowy projekt uśmiechu. Co w tej pracy nadal robi ręka i oko, czego software nie zrobi?
Sztuczna inteligencja w programach do projektowania to dziś bardzo gorący temat w środowisku techników. Często słyszę: „przecież lekarz już przeklikuje etapy w programie z AI i na końcu dostaje gotową pracę”. I wtedy pojawia się moje najważniejsze pytanie: dobrze, ale jaką pracę?
Algorytm może przeanalizować dane, zaproponować kształt, dopasować go do zgryzu i stworzyć projekt technicznie poprawny. Tylko że w naszej pracy „poprawny” nie zawsze znaczy „dobry”. Doświadczenie pozwala ocenić coś więcej: czy uśmiech jest harmonijny, czy pasuje do tej twarzy, czy niewielka zmiana ustawienia nie sprawi, że będzie zdecydowanie lepiej. Nawet w samym CAD jest mnóstwo parametrów, których nie da się ustawić raz na zawsze, zależą od materiału, preparacji, sytuacji klinicznej.
A projekt to dopiero początek. Potem jest wytworzenie, dobór materiału i technologii, wykończenie, tekstura, charakteryzacja. To na tych etapach projekt z ekranu zaczyna stawać się prawdziwym zębem. Nie boję się sztucznej inteligencji, traktuję ją jako kolejne zaawansowane narzędzie. Program potrafi zaproponować rozwiązanie. Doświadczony technik potrafi ocenić, czy jest właściwe dla tego przypadku, a jeśli nie, wie, co i dlaczego zmienić.
Robi Pani metamorfozy, czyli przypadki, w których czyjaś twarz zmienia się mocno. Co się w człowieku zmienia poza zębami, kiedy pierwszy raz widzi efekt?
Moment, w którym lekarz cementuje pracę i pacjent po raz pierwszy widzi nowy uśmiech, jest chyba najpiękniejszy w całym procesie. Mam szczęście pracować w klinice, więc często mogę być przy tym osobiście. Zdarzało się, że sama miałam łzy w oczach.
Wtedy bardzo wyraźnie widzę, że w metamorfozie nie chodzi wyłącznie o zęby. Trafiają do nas osoby, które przez lata nie czuły się dobrze ze swoim uśmiechem, świadomie unikały uśmiechania się. Kiedy taki pacjent pierwszy raz patrzy w lustro, można wręcz zobaczyć zmianę, która zachodzi w nim w ciągu kilku sekund. Najpierw niedowierzanie, potem uśmiech coraz szerszy i nagle zupełnie inna pewność siebie. Człowiek zaczyna patrzeć na siebie inaczej.
Ale dla mnie najważniejsze jest szczęście. Szczere, w oczach, którego nie da się pomylić z żadną inną reakcją. W takich momentach mam poczucie, że pomogłam komuś odzyskać coś, czego długo brakowało: swobodę uśmiechania się, a czasem po prostu radość z własnego odbicia w lustrze.
Buduje Pani kawałek czyjejś twarzy i potem prawie nigdy nie widzi, jak on żyje na co dzień. Jak Pani jest z tym, że praca odchodzi i wraca do Pani najwyżej na zdjęciu?
Nie odbieram tego personalnie i nie czuję niedosytu. Najważniejsza jest dla mnie informacja zwrotna od lekarza: jak praca wyglądała w ustach, jak zareagował pacjent. Jeśli słyszę „było super, pacjent jest szczęśliwy”, to mi wystarcza.
Co więcej, myślę, że oglądanie mogłoby mi przeszkadzać. Jestem bardzo krytyczna wobec własnej pracy. Gdybym mogła wielokrotnie oglądać ten uśmiech pod różnym kątem, w innym świetle, podczas mówienia, pewnie za każdym razem zastanawiałabym się, czy czegoś nie dało się zrobić inaczej. Zawsze można znaleźć detal.
Właśnie dlatego prace dla rodziny i znajomych są paradoksalnie bardziej stresujące niż najtrudniejsze przypadki obcych ludzi. Efekt widzę potem przez lata, przy każdym spotkaniu. Mam za sobą kilka takich prac i, o dziwo, bardzo lubię na nie patrzeć. Choć nadal przyglądam się im z każdej strony, nie potrafię wyłączyć w sobie technika. Nauczyłam się pozwalać pracom odejść. Ta praca nie powstaje po to, żebym ja mogła ją oglądać. Powstaje po to, żeby ktoś mógł z nią normalnie żyć i najlepiej zupełnie zapomnieć, że kiedykolwiek została wykonana.
Który projekt najdłużej nie dawał Pani spokoju po oddaniu i o co w nim chodziło?
Najdłużej zostają ze mną nie te prace, z których jestem najbardziej dumna, tylko te, które nie wyszły dokładnie tak, jak chciałam. Jeden z takich przypadków to pełna metamorfoza, most typu All-on-X. Od lekarza dostałam jasne założenie: zachować płaszczyznę zgryzu z dotychczasowej pracy, do której pacjentka była przyzwyczajona. Odtworzyłam ustawienie, zmieniłam charakter zębów na smuklejszy i delikatniejszy.
A na przymiarce okazało się, że płaszczyzna zgryzu delikatnie „ucieka”. Zauważyła to sama pacjentka. Teoretycznie wszystko było zgodne z założeniami, a efekt w twarzy nie był taki, jakiego oczekiwaliśmy. Plan zakładał drobną korektę. Zaczęłam ją robić i w pewnym momencie uznałam, że nie chcę poprawiać czegoś, co od początku mogę zrobić lepiej. Wróciłam do projektu i wykonałam całą pracę jeszcze raz.
Dla laboratorium to dodatkowy czas, materiał i koszt, którego nikt nie zakładał. Ale w takich sytuacjach przestaję liczyć godziny. Wolę zrobić pracę ponownie, jeśli wtedy będę mogła się pod nią podpisać. Pacjentka była bardzo zadowolona. A ja nauczyłam się, że nawet dokładne wykonanie założeń nie gwarantuje efektu. Wtedy nie liczy się, kto miał rację, tylko co zrobić, żeby było dobrze. Czasem trzeba umieć powiedzieć sobie: to jest poprawne, ale dla mnie jeszcze nie jest wystarczająco dobre. I mieć odwagę zacząć od nowa.
Trzy rzeczy, które warto z tej rozmowy zabrać.
Po pierwsze, w tym zawodzie perfekcja stała się tania, a naturalność droga: symetrię robi jedno kliknięcie, a to, żeby jej nie użyć, wymaga oka i doświadczenia. Po drugie, „poprawne” i „dobre” to dwie różne rzeczy, i różnica między nimi jest dokładnie tym, czego algorytm jeszcze nie widzi. Po trzecie, celem nie jest uśmiech niewidoczny, tylko uśmiech, który przyciąga uwagę i nie zdradza, skąd się wziął. Ma wyglądać, jakby od zawsze należał do tej twarzy, a to jest znacznie trudniejsze niż wyglądać po prostu ładnie.
Katarzyna Knurowska jest technikiem dentystycznym i zajmuje się cyfrowym projektowaniem uśmiechu w Polsce: instagram.com/knurowska_smiledesign
