Najlepszy efekt to taki, którego nikt nie widzi

Portrait of Niamh Davis, paramedical tattoo artist and founder of Empowered Ink in Arizona

Niamh Davis tatuuje skórę w Arizonie po to, żeby coś przestało być widoczne.

Prawie wszystko, co robi się igłą i pigmentem, ma być zauważone. Jej praca idzie w drugą stronę. Kamuflaż blizn i rekonstrukcja otoczki udają się tylko wtedy, kiedy patrzący w ogóle nie jest w stanie stwierdzić, że cokolwiek się wydarzyło. To jeden z najdziwniejszych i najbardziej pouczających zakątków tematu wyglądu, na jakie do tej pory trafiliśmy.

Napisaliśmy do niej, bo jej klienci przychodzą po tym, jak coś już im się przydarzyło.

Operacja, wypadek, poród, mastektomia. Nie przychodzą, żeby stać się kimś innym. Przychodzą, żeby przestać być zatrzymywanym za każdym razem, kiedy spojrzą w dół. To wygląd oczyszczony z próżności i sprowadzony do konsekwencji, czyli dokładnie ta część tematu, o której prawie nikt nie mówi.

Poniżej jej własna relacja, lekko zredagowana, jej słowami.

Odpowiedziała obszernie na wszystkie osiem pytań, a ciekawe jest to, jak rzadko mówi o pigmencie. Mówi o tym, o co ludzie naprawdę prosili, a to prawie nigdy nie jest to, co powiedzieli.

Większość tatuażu dodaje coś, co człowiek chce pokazać. Pani praca sprawia, że coś przestaje być widoczne. Czego musiała się Pani oduczyć, żeby tak pracować?

Tatuaż paramedyczny i tatuaż graficzny bardzo się pod tym względem różnią. Tatuaż graficzny co do zasady ma być widoczny. Wyróżnia się i staje się częścią tego, co widać, kiedy patrzy się na skórę. W tatuażu paramedycznym próbujemy osiągnąć niemal odwrotność.

Więcej tuszu albo ciemniejszy kolor wcale nie dają lepszego efektu. Musiałam podejść do pigmentu inaczej i zrozumieć, że czasem mniej znaczy więcej. Pracuję warstwami, trochę jak akwarelą, stopniowo budując i korygując kolor, tak żeby zlał się z otaczającą skórą.

Celem nie jest to, żeby ktoś spojrzał na moją pracę i pomyślał: „świetny tatuaż”. Idealnie, jeśli w ogóle nie da się stwierdzić, że cokolwiek zostało zrobione.

Klienci przychodzą po operacji, urazie albo porodzie. Co mówią, że chcą, umawiając wizytę, a czego okazuje się, że chcieli naprawdę?

Myślę, że ostatecznie większość ludzi chce po prostu znowu poczuć się sobą.

Ktoś po mastektomii może przyjść do mnie z prośbą o rekonstrukcję otoczki, ale za tą prośbą może stać coś znacznie głębszego. Chce spojrzeć na swoje ciało i znowu poczuć się cały. Dostaję szansę pomóc w jednym z etapów tego procesu zdrowienia.

Podobnie jest z innymi operacjami. Nawet jeśli o bliznach rozmawia się wcześniej, świadomość, że blizna może powstać, i realne życie z tą blizną to często zupełnie różne doświadczenia. Pracuję na przykład z wieloma osobami, które mają blizny po liftingu. Technicznie ich prośba brzmi: „chcę zamaskować te blizny”, ale to, co mi mówią, brzmi: „chcę móc znowu związać włosy”.

Czasem coś, co brzmi jak prośba o zmianę małego fragmentu skóry, jest w rzeczywistości prośbą o odzyskanie zwykłego kawałka własnego życia.

Proszę opisać moment, w którym klientka pierwszy raz patrzy w lustro po zabiegu. Co się wtedy dzieje w gabinecie?

To wygląda inaczej u każdej osoby i przy każdym rodzaju zabiegu. Przy tatuażu otoczki efekt można docenić znacznie szybciej, bo celowo tworzymy na skórze widoczny kolor i wrażenie objętości.

Z kamuflażem blizn i rozstępów bywa inaczej. Zaraz po zabiegu skóra potrafi być zaczerwieniona i podrażniona, więc to, co klient widzi natychmiast, niekoniecznie odpowiada temu, jak będzie wyglądał zagojony efekt. Dlatego często pokazuję to miejsce jeszcze w trakcie pracy, zanim pojawi się mocne zaczerwienienie. Daje im to szansę zobaczyć to, co ja widzę, i wyobrazić sobie, czego mogą się spodziewać po zagojeniu.

U części osób ten „moment przed lustrem” dzieje się w moim studiu. U innych kilka tygodni później, w domu, kiedy skóra się zagoi, a pigment ułoży. Tatuaż paramedyczny wymaga cierpliwości i czasem najważniejszego efektu nie widzimy od razu.

Blizna jest dowodem, że coś się wydarzyło i że ten człowiek to przeżył. Jak Pani myśli o usuwaniu tego dowodu?

Nie widzę tego, co robię, jako usuwania dowodu. Widzę to jako przywracanie.

Blizna nadal tam jest. Nie wymazuję tego, co się komuś przydarzyło, ani nie usuwam tej części jego historii. Zmieniam tylko to, jak bardzo jest widoczna. Ludzie przychodzą do mnie, bo podjęli decyzję, że nie chcą, żeby ta blizna była widocznym przypomnieniem tego, co ją spowodowało, czy była to trauma, operacja, wypadek, czy nawet zabieg z wyboru. Ta decyzja należy do nich.

Ostatecznie nie postrzegam kamuflażu blizn jako wymazywania. Postrzegam to jako danie komuś pewnej kontroli nad tym, jak widzi własne ciało, i w wielu przypadkach jako pomoc w odzyskaniu czegoś, co ta osoba czuje, że straciła.

Rekonstrukcja otoczki 3D to iluzja zbudowana pigmentem na płaskiej skórze. Czego to Panią uczy o tym, jak ludzie naprawdę czytają ciało?

Sam tatuaż jest obiektywnie płaski. Nie ma tam realnego wypukłego kształtu, ale przez kolor, światła, cienie i rozmieszczenie potrafimy stworzyć wrażenie objętości. Oko widzi te różnice w świetle i kolorze, a mózg interpretuje je jako kształt i głębię.

Miałam też okazję pracować z klientką, która miała protezy brodawki, i to było dla mnie bardzo ciekawe. Protezy dawały realną, fizyczną wypukłość, a tatuaż pozwolił mi stworzyć kolor i wizualny detal otoczki oraz okolicy. Moim zdaniem połączenie obu rzeczy potrafi zmienić zasady gry, bo przestaje się polegać wyłącznie na iluzji objętości. Element fizyczny i wizualny mogą pracować razem.

Takie doświadczenia utwierdziły mnie w tym, jak bardzo to, co widzimy w ciele, jest połączeniem jego fizycznej struktury i informacji wizualnej, której nasz mózg używa do interpretacji.

Część klientów ostatecznie decyduje, że zostawia bliznę. Co sprawia, że ktoś tak wybiera i co Pani wtedy mówi?

To ich ciało, ich historia i ich wybór.

Nie uważam, że każdą bliznę trzeba zamaskować. Niektórzy mają z bliznami związane wspomnienia i nie zawsze są to złe wspomnienia. Blizna może oznaczać coś, co ktoś przeżył, coś, co wybrał, dziecko, które urodził, albo po prostu część życia, której nie czuje potrzeby zmieniać.

Jeśli ktoś decyduje, że chce zachować swoją bliznę, to powinien ją zachować. Nie jestem tu po to, żeby kogokolwiek przekonywać, że coś w jego ciele wymaga naprawy. Tatuaż paramedyczny jest opcją. Jest dla osoby, która patrzy na bliznę i stwierdza, że wolałaby jej już nie widzieć. Osoba, która patrzy na swoją i mówi: „to jest część mnie i ją zatrzymuję”, dokonała równie prawomocnego wyboru.

Pracuje Pani bardzo blisko tego, co ludzie ukrywają. Jak to zmieniło to, co zauważa Pani u obcych i we własnym odbiciu?

Myślę, że jeśli już, to dało mi to więcej akceptacji siebie i większy szacunek dla tego, do czego zdolne jest ludzkie ciało.

Przez lata pracowałam blisko z wieloma różnymi ciałami i wieloma rodzajami blizn. Staram się też poznać moich klientów, kiedy są u mnie w studiu. Kiedy spędza się razem kilka godzin, ludzie mówią. Opowiadają mi, co się stało, przez co przeszli i co ich do mnie przywiodło. Ludzie przetrwali naprawdę wiele. Kiedy usłyszy się wystarczająco dużo takich historii, uświadamiasz sobie, że to, co widzisz na czyjejś skórze, może być tylko drobną częścią tego, czego ta osoba doświadczyła.

Więc może zmieniło to moje odbicie mniej pod względem tego, co fizycznie zauważam, a bardziej pod względem tego, jak myślę o ludziach. Ciała się zmieniają. Goją się. Noszą ślady naszych doświadczeń. A ludzie przechodzą przez rzeczy niewyobrażalnie trudne i następnego dnia i tak wstają i idą dalej. Jest coś bardzo ludzkiego i bardzo pokornego w tym, że powierza się nam te fragmenty cudzych historii.

Który przypadek został z Panią najdłużej i dlaczego akurat ten?

Nie wiem, czy potrafię wybrać jeden. Różni klienci zostali ze mną z bardzo różnych powodów.

Pamiętam pracę z nastolatką, która miała blizny po samookaleczeniach. Opowiedziała mi część swojej historii i jako matka miałam ochotę wejść w tryb obrony. Są klienci, których historie działają na człowieka daleko poza samą pracą techniczną, którą wykonuje.

Inna klientka miała za sobą poważny wypadek samochodowy sprzed mniej więcej piętnastu lat. Miała wyraźne blizny na twarzy, na czole i wokół oka. Powiedziała mi, że przez piętnaście lat właściwie się ukrywała z ich powodu. Kiedy trafiła na tatuaż paramedyczny i przyszła do mnie na zabieg, przestała się ukrywać.

To dwie zupełnie różne osoby i dwie zupełnie różne sytuacje, a jednak obie ze mną zostały. Pewnie dlatego trudno mi wskazać jeden przypadek. Pracuję na czyjejś skórze, ale do tej skóry przypięty jest człowiek i jego historia. Miałam wielu klientów, których doświadczenia poruszyły mnie z zupełnie różnych powodów, i chyba noszę w sobie po kawałku każdej z tych historii.

Trzy rzeczy, które warto z tej rozmowy zabrać.

Po pierwsze, że kiedy ktoś prosi o zmianę w swoim wyglądzie, prośba zapisana w formularzu i prośba pod spodem to rzadko to samo zdanie. Nikt nie chce zamaskowanej blizny. Chce znowu związać włosy. Po drugie, że głębię w ciele się czyta, a nie mierzy, i dlatego iluzja zbudowana pigmentem na płaskiej skórze działa na mózg dokładnie tak samo dobrze jak rzecz prawdziwa. I po trzecie, że zachowanie blizny i jej usunięcie to ta sama kategoria decyzji, podjętej przez tę samą osobę, o tym samym ciele. Zła jest tylko ta wersja, którą wybrał ktoś inny za ciebie.

Niamh Davis prowadzi Empowered Ink w Arizonie, zajmuje się kamuflażem blizn i tatuażem rekonstrukcyjnym: instagram.com/empowered_ink