Wyrzuciła z portretów twarze, a ludzie i tak się rozpoznają

Paulina Hojka, textile portrait artist from Poland, at work, on a grey studio background

Paulina Hojka robi portrety z resztek tkanin, a twarzy w nich najczęściej nie ma.

Tnie i wykorzystuje materiały, które i tak miały trafić do spalarni, i buduje z nich rozpoznawalnych ludzi. Bez fotograficznego podobieństwa, bez malarskiego detalu. Kształt głowy, linia włosów, charakterystyczny sposób trzymania rąk. A mimo to osoby, które zamawiają te portrety, patrzą na nie i mówią: to ja.

Napisaliśmy do niej, bo jej praca to eksperyment, którego nikt wcześniej się nie podjął.

Jeśli usuniesz oczy, nos i usta, co zostaje z człowieka, co dalej czyta się jako on? Moda, fotografia i medycyna zakładają zgodnie, że tożsamość mieszka w twarzy. Paulina Hojka cicho się z tym nie zgadza i ma na to gotowe dowody na ścianach.

Poniżej jej własna relacja, lekko zredagowana, jej słowami.

Najciekawsza nie jest technika. Najciekawsze jest to, o jakie poprawki ludzie proszą, kiedy portret jest już skończony, i co te prośby mówią o tym, jak sami siebie widzą.

Robisz portrety z materiałów, nie z farby. Co tkanina potrafi zrobić z twarzą, czego nie potrafi pędzel?

Odpowiem może trochę przewrotnie, że nie chodzi o to, co potrafi tkanina, a czego nie potrafi pędzel. Właśnie chodzi o to, czego ona nie może. Nie może być zbyt mała, bo się rozleci, nie pozwala na pewne detale. W pewnej skali pewnie można by próbować robić światłocień, ale w tej, w której ja pracuję, raczej nie.

I dla mnie te wszystkie ograniczenia są w jakimś stopniu uwalniające, zmuszają do kreatywnego myślenia, szukania innych rozwiązań, jak na przykład rezygnacji ze szczegółowego przedstawienia twarzy, do odpuszczania hiperrealizmu.

A z drugiej strony tkaniny to też zaproszenie do zabawy strukturą i teksturą, która wnosi do obrazu dodatkową wartość.

Twoje portrety są mocno uproszczone, a mimo to ludzie się w nich rozpoznają. Co musi zostać, żeby ktoś powiedział „to ja”, a co można wyrzucić bez straty?

Jak już wspomniałam, wyrzuciłam ze swoich portretów twarze. Nasze mózgi mają fascynującą zdolność uzupełniania sobie tego, czego brakuje, lub porządkowania, jak na przykład przestawionych lub pominiętych liter w tekście. To samo dzieje się na portrecie.

Ważny wtedy jest kształt głowy, linia twarzy i fryzura. Z tego powodu nie lubię pracować na podstawie selfie, bo trudniej uchwycić podobieństwo.

No i moje portrety to nie tylko twarze, ale często całe sylwetki, i tutaj gesty grają ogromną rolę. Zawsze staram się wychwycić ze zdjęć jakieś charakterystyczne ułożenie rąk, to, jak para staje obok siebie, i to oddać na portrecie. Bo to dodaje podobieństwa.

No i ostatni element, czyli ubrania. Kiedy kogoś, kto nie lubi i nie nosi koszul, ubiorę w koszulę na portrecie, to jak może być na nim sobą? Dlatego też nie oceniam, nie wymyślam, tylko z ciekawością podążam za osobami, które portretuję.

W bio masz zdanie o życiu w duchu less waste bez worka pokutnego. Skąd w ludziach przekonanie, że odpowiedzialność musi wyglądać skromnie albo wręcz brzydko?

Ten mój worek pokutny może nawet nie jest o wyglądaniu, a o odmawianiu sobie. Skrótowo myśląc: odmawiam sobie czegoś, cierpię, pokutuję, karzę siebie.

Ale przecież to nie jest tak, że musimy mieć to, co nam się zamarzy, teraz, już i natychmiast, i że w ogóle musimy to mieć. Problem polega na tym, że świat nas uparcie przekonuje: kup sobie, zasługujesz, należy ci się, nagrodź się.

I do tego bym dołożyła jeszcze taką cegiełkę, że nieposiadanie czegoś kojarzy się z ubóstwem, a nikt nie chce być biedny i wyglądać na biednego. A jak człowieka stać, to ma, co tylko zapragnie.

Myślę sobie, że naszym zadaniem jest zmiana myślenia, pokazywanie, że można być szczęśliwym, ograniczając nabywanie, wybierając ubrania, meble i inne potrzebne rzeczy z drugiego obiegu, żeby dawać im drugie życie i ograniczać produkcję nowych. I że to może wyglądać fajnie, a nawet jakby wyglądało skromnie, to nic w tym złego i wciąż można się cieszyć swoim życiem. Pokutą jest coś wtedy, kiedy je za takie uznamy, więc może wystarczy przestać?

Uczysz kolażu na kursie. Co najczęściej blokuje dorosłych, kiedy mają własnymi rękami zrobić czyjś portret?

Myślę, że to, co najczęściej blokuje dorosłych, to lęk przed porażką. „Mi to nie wyjdzie”, „ja to zepsuję”, „mam dwie lewe ręce”, „nie zrobię tak ładnie jak ty”.

Na szczęście mam na te blokady kilka sposobów. Pierwszy, uwalniający, jest taki, że to tylko niepotrzebne materiały, które i tak miały trafić do spalarni, więc najwyżej tam trafią, nic wielkiego się nie stanie, a ty możesz próbować i eksperymentować.

Drugie, co robię, to wspieram. Pomagam narysować, bo dobra baza pozwala z łatwością działać dalej, doradzam, jaki materiał wziąć, jak wycinać, pytam i staram się nie wtrącać, żeby jednak każdy miał szansę wyrazić siebie.

Zamawiając portret, ludzie mają w głowie konkretną wersję siebie. Zdarza się, że proszą o poprawki, które nie mają nic wspólnego ze sztuką, tylko z jakimś kompleksem?

Oj, zdecydowanie. Poprawki na portretach bardzo rzadko mają coś wspólnego ze sztuką, ludzie mają w głowach wizję siebie lub swoich znajomych.

Czasem faktycznie podyskutujemy nad kolorystyką i strukturami, ale bardzo często „odchudzam” ludzi. Bo oversizowe ubranie powiększa, bo ktoś ma takie widzimisię, mimo że wycięłam dokładnie na podstawie zdjęcia. Robiłam bardziej umięśnione łydki dla jednego męża, powiększałam usta czy odsiwiałam włosy.

Ale też szanuję te wszystkie poprawki, bo tworzę dla tych osób i to oni będą codziennie patrzeć na portret.

Portret na zamówienie kosztuje czas i pieniądze w czasach, gdy telefon robi zdjęcie za darmo. Co ludzie tak naprawdę kupują?

Myślę, że ludzie kupują wyjątkowość, unikalność, ważność. Tworzenie portretu to proces, na początku zawsze rozmawiamy, klient wybiera zdjęcia.

Zdjęć mamy wiele, nie wywołujemy ich już bardzo często, więc wybranie tych do portretu to taka podróż po ważnych chwilach i wspomnieniach, które skłaniają do refleksji: co chcę oglądać codziennie na ścianie, co chcę upamiętnić, jak się chcę czuć, patrząc na ten portret.

Drugie, co ważne, to rozmowa, bo pytam o ulubione kolory, ubrania, różne szczegóły, nad którymi czasem się nie skupiamy. Jeśli robimy portret dla siebie, to okazja, żeby się sobie przyjrzeć, jeśli dla kogoś, to zaproszenie do skupienia się na tym kimś, pomyślenia o jego potrzebach. I taki portret potem mówi do kogoś: znam cię, jesteś dla mnie ważna.

Zrobiłaś kiedyś autoportret? Jeśli tak, było łatwiej czy trudniej niż z kimś obcym?

Zrobiłam, nawet mam na profilowym. Potraktowałam to wtedy jako zabawę, ćwiczenie, więc było chyba jak z każdym innym portretem.

Ale myślę, że gdybym miała w sobie taką presję, żeby zrobić ten swój jedyny autoportret na lata, to by było trudniej, bo bym za dużo analizowała i zwyczajnie trema by mnie zjadła. Presja nie sprzyja twórczości i w ogóle życiowym wyzwaniom.

Nasze trzy wnioski, które zostają z nami po tej rozmowie.

Po pierwsze, tożsamość przeżywa utratę twarzy. Głowa, linia włosów i sposób, w jaki ktoś stoi, niosą więcej człowieka, niż zakładamy, co sugeruje, że wygląd jest całą sylwetką, a nie zestawem rysów do poprawiania po kolei. Po drugie, kiedy ludzie dostają władzę nad własnym wizerunkiem, sięgają najpierw po kompleks, a dopiero potem po sztukę, i robią to na tyle regularnie, że portrecistka potrafi to przewidzieć. Po trzecie, strach przed wyglądaniem skromnie jest w rzeczywistości strachem przed wyglądaniem biednie, a to zupełnie inny problem niż ten, który ludzie sądzą, że mają.

Paulina Hojka pracuje w Polsce, robi portrety z tkanin na zamówienie i uczy kolażu: instagram.com/paulina.hojka