Ładna to słowo, które znaczy wszystko i nic

Joanna Nowicka sitting in her portrait studio in Katowice, black and white portraits on the wall behind her

Joanna Nowicka fotografuje portret czarno-biały w Katowicach, a ludzie przychodzą do jej studia z gotowym wyobrażeniem o tym, jak wyglądają.

Zwykle jest to wyobrażenie surowe. Przez lata pracy nasłuchała się tyle krytyki kierowanej przez ludzi wobec samych siebie, że zaczęła prowadzić na ten temat osobne warsztaty. Portret okazał się przy okazji narzędziem diagnostycznym: pokazuje nie tylko twarz, ale też to, co człowiek o swojej twarzy zdążył sobie wmówić.

Napisaliśmy do niej, bo fotografia czarno-biała odejmuje wyglądowi wszystko, co najłatwiej sprzedać.

Znika kolor, znika połysk, zostają kształt, faktura i spojrzenie. To jest właściwie eksperyment na temat, który nas interesuje najbardziej: co z wyglądu zostaje, kiedy odbierze mu się ozdobniki. A ponieważ Joanna Nowicka koloru, jak sama mówi, po prostu nie czuje, jej zdjęcia są monochromatyczne nawet wtedy, gdy powstają w kolorze.

Poniżej jej własna relacja, lekko zredagowana, jej słowami.

Odpowiedziała obszernie i chyba najciekawsze jest to, jak konsekwentnie odsuwa od siebie słowo „ładny”. Nie z przekory, tylko dlatego, że w jej pracy to słowo niczego nie opisuje.

Fotografujesz portret czarno-biały. Co znika z twarzy razem z kolorem, a co dopiero wtedy widać?

Zacznę od tego, że ja po prostu koloru nie czuję, nie widzę go. A nawet jeśli fotografuję w kolorze, to moje fotografie i tak często są monochromatyczne w odbiorze. Za to bardzo lubię poruszać się w skali szarości, w tonalnościach, które swoją intensywnością lub łagodnością podkreślają to, co mnie fascynuje w twarzy: kształty, faktury, ale też spojrzenie.

Lubię tę rozpiętość pomiędzy głębokimi czerniami, cieniem, a miejscami oświetlonymi, z dominantą bieli. Brak barw pozwala mi skupić się nie tylko na powierzchowności, ale też, a może przede wszystkim, na tym co wewnątrz, co głębiej.

Nie potrzebuję ozdobników, bo ludzka twarz i oczy są wystarczająco fascynujące i różnorodne w swoim bogactwie wariantów. Ta surowość monochromatycznego obrazu pozwala mi dostrzec i poczuć więcej, nic nie odciąga mojej uwagi od sedna, czyli od człowieka, który staje przede mną.

Ludzie przychodzą na sesję z gotowym wyobrażeniem o tym, jak wyglądają. Jak często rozmija się ono ze zdjęciem i co się wtedy dzieje w studiu?

Pracuję warsztatowo z tematem akceptacji siebie, tego jak się widzimy i co na to wpływa. To efekt wielu spotkań w moim studio i obserwacji związanych z ogromną, bolesną krytyką, jaką ludzie kierują wobec siebie.

Zrobiłabym tu małe rozróżnienie. Kiedy zapraszam kogoś do któregoś z moich projektów autorskich, tych wyobrażeń, a więc i oczekiwań, jest dużo mniej. Moja bohaterka czy bohater zna jedynie zarys wizji, jakiś kierunek. Na szczęście ludzie mi ufają i oddają się w moje ręce i aparat. Potem, kiedy widzą gotowy portret, bywają zaskoczeni tym, co w nich dostrzegłam, mają świadomość, że ten obraz jest przefiltrowany przez moją wrażliwość i fascynacje. I tym staram się obdarować osobę, którą fotografuję, moim absolutnym zachwytem nad nią.

Nieco inaczej jest przy portretach na zlecenie. To często zdjęcia wizerunkowe, z których ludzie korzystają zawodowo, i wtedy zawsze spotykam się z konkretnymi oczekiwaniami i potrzebami. Bardzo dbam o komfort swoich gości w studio i o to, żebyśmy dobrze się rozumieli, widzimy to, co robimy, omawiamy na bieżąco.

Jeśli trafiam na osobę, która ma spore trudności z akceptacją swojego wyglądu, wplatam w sesję elementy pracy warsztatowej. Wyjaśniam, co wpływa na to, jak się postrzegamy, starając się przenieść punkt ciężkości z pretensji kierowanych do siebie na mechanizmy, pewne filtry, przez które się widzimy i których często nawet nie jesteśmy świadomi.

Bywa, że różnice w ocenie portretu są skrajne, mam wtedy wrażenie, że oglądamy zupełnie inne zdjęcie. Rozumiem, skąd to przychodzi, i z tym nie walczę. Jestem pewna swoich umiejętności i talentu, z drugiej strony szanuję fakt, że za niezadowoleniem ze swojej prezencji może kryć się wiele trudnych historii. Mimo wszystko zazwyczaj udaje się wypracować portrety, które klient akceptuje.

Jest w sesji moment, w którym człowiek przestaje pozować. Po czym to poznajesz?

Każdy z nas ma ten moment kiedy indziej. Regułą jest, z niewieloma wyjątkami, że początek sesji bywa usztywniony. Dlatego staram się rozpocząć naszą sesję znacznie wcześniej. Pierwszy kontakt, rozmowa telefoniczna, jest w stanie przełamać lody i sprawić, że nasza relacja już nie jest formalna. Bardzo to później pomaga. Kiedy taka osoba przyjeżdża do studia, czuje, jakby mnie już znała. Zaczynamy od kawy i rozmowy.

A później, w trakcie sesji, następuje taki moment, takie klik. Widzę to w ciele, napięcia puszczają, ciało staje się swobodniejsze, widać to dosłownie w szczegółach jego ułożenia.

W dojściu do tego momentu pomaga jeszcze poczucie humoru, zrozumienie dla czyjegoś skrępowania i budowanie bezpiecznej atmosfery w studio.

Czym różni się twarz, która działa na zdjęciu, od twarzy, którą w życiu nazwalibyśmy ładną?

Pojmuję atrakcyjność w oderwaniu od trendów, mody na to czy na tamto. Te kryteria zupełnie mnie nie interesują, a wręcz uważam, że są społecznie szkodliwe.

Słowo ładna, czy ładny, jest jakoś dla mnie miałkie. To jak ze słowem fajny czy fajna. Oznacza wszystko i nic.

To, co powoduje, że ktoś przyciąga mój wzrok i zainteresowanie, to unikatowa mieszanka indywidualnych cech zewnętrznych i tego, co płynie z wnętrza tej osoby. Bo osobowość przekłada się na to, jak się nosimy i prezentujemy, charakter układa się w mimice i gestach.

Na jedną twarz można mieć sporo pomysłów, można ją pokazać na fotografii na wiele sposobów. Mnie najbardziej interesuje pokazanie w portrecie tego, co mnie pociąga u tej osoby w życiu realnym. Staram się to przełożyć na obraz, postawić akcent w tym miejscu, dać wyraz mojej fascynacji. I pewnie każdy zrobiłby to inaczej, bo też inaczej patrzymy na otaczających nas ludzi.

Blizna, zmarszczka, asymetria. Kiedy w portrecie pomagają, a kiedy przeszkadzają?

W moim odczuciu to integralna część opowieści o człowieku. Na przykład asymetria jest absolutnie naturalna, nasze połowy ciała różnią się od siebie, nie tylko wyglądem, ale też sprawnością, o czym świetnie wiedzą ci, którzy praktykują jogę. Z asymetrią na swojej twarzy ludzie mają kłopot, obserwuję to. Co ciekawe, dostrzegają ją u siebie, a u innych najczęściej tego nie widzą, nie zwracają na to uwagi.

Blizna, zmarszczka, asymetria dodają plastyczności, opowiadają o kontekstach, przeżyciach, doświadczeniach. Fotografowałam w wieloletnim projekcie kobiety po przejściach onkologicznych, które pokazywały swoje blizny, łyse głowy. Więc to też pytanie, na ile osoba portretowana chce ujawnić fragment prawdy o sobie.

A jak jest po drugiej stronie? Kiedy ktoś fotografuje ciebie, jest z tym łatwiej czy trudniej niż przeciętnemu klientowi?

Jestem taka sprytna, że większość fotografii robię sobie sama. I nie mówię tu o selfie, tylko o portrecie realizowanym w studio, na potrzeby mojego życia zawodowego. Ale może czas sprawdzić, jak to będzie u kogoś?

Przede wszystkim wiem, co to mowa ciała, więc jeśli moje zdjęcie ma nieść jakąś wiadomość, wystąpić w konkretnym kontekście, to podchodzę do sprawy świadomie.

Oczywiście jest jeszcze cała masa bardziej przypadkowych zdjęć, robionych w kontekstach prywatnych, i tu zdarzyć się może wszystko. Nie zawsze mi się podobają, ale staram się nie przywiązywać do tego większej wagi.

Pracujesz w Katowicach. Czy ludzie tutaj inaczej podchodzą do bycia fotografowanym?

Nie wiem, czy miejsce ma znaczenie, gdybym chciała porównać do innych polskich miast. Studio mam w Katowicach, ale przyjeżdżają do mnie ludzie również spoza Śląska, zdarza mi się też wyjeżdżać dalej, portretowałam również poza granicami Polski. Chyba mam za mało danych, by postawić jakąś tezę.

Przychodzą za to inne pytania. Czy brak akceptacji własnego wyglądu, ten chroniczny, to cecha nas, Polaków? Czy gdzieś indziej, wśród innych narodowości, akceptacji jest więcej?

Pamiętasz zdjęcie, po którym ktoś zobaczył siebie inaczej niż wcześniej? Co na nim właściwie było?

Chyba nieco uogólnię, to znaczy nie wskażę konkretnego zdjęcia, a raczej wrażenia, którymi czasem ludzie się dzielą.

Kiedy postrzegam kogoś przez pryzmat mojego zachwytu, fascynacji, to chyba są to na tyle silne emocje, że jakoś je zawieram w portrecie i osoba fotografowana potrafi je w nim odnaleźć. Słyszę też, że potrafię uchwycić cechy charakteru, osobowości, a nawet subtelności duszy, co bywa zaskakujące dla bohatera portretu. Komentują: „nie wiedziałem, że taki jestem” albo „nie zdawałam sobie sprawy, ile we mnie mocy”.

Jeśli moje portrety mogą sprawiać, że niewspierające przekonania tracą na sile i znaczeniu, że zasieję mikro ziarno akceptacji i łagodności wobec siebie, to ta moja fotografia ma jakiś głębszy sens.

Trzy rzeczy warte wyniesienia z tej rozmowy.

Po pierwsze, atrakcyjność i ładność to dwie różne rzeczy, a osoba, która patrzy na twarze zawodowo, odkłada to drugie słowo jako bezużyteczne. Po drugie, asymetrię widzimy wyłącznie u siebie, co jest dość mocnym dowodem na to, że skala, którą stosujemy wobec własnego wyglądu, nie ma nic wspólnego ze skalą, którą stosuje wobec nas reszta świata. Po trzecie, wygląd nie jest powierzchowny: blizna, zmarszczka i nierówność opowiadają o człowieku więcej niż gładkość, a portret potrafi rozbroić przekonanie, które ktoś nosił w sobie latami.

Joanna Nowicka prowadzi studio portretowe w Katowicach i pracuje warsztatowo z tematem akceptacji własnego wyglądu: instagram.com/joanna_nowicka_fotografia