Mike O’Donnell jest jedynym etatowym rysownikiem sądowym w Irlandii i w wielu procesach jego rysunek to jedyny obraz, jaki zobaczy publiczność.
Do irlandzkiej sali sądowej nie wolno wnosić aparatów. Odkąd nowy gmach Criminal Courts of Justice w Dublinie wprowadza więźniów podziemnym przejściem, fotografowie stracili nawet drogę do drzwi i obrazem stał się rysunek. Mike rysuje piórem, w kilka minut, a jego prace publikowały BBC, Guardian, CNN i The Times. Wystawa Prima Facie pokazała na ścianach około sześciuset postaci z jednego roku sądowego, a nowa, Witness, otworzyła się 19 października.
Napisaliśmy do niego, bo sala sądowa to jedyne miejsce, gdzie na twarz patrzy się najuważniej, i to w dniu, w którym jej właściciel najmniej chciałby być oglądany.
LOOKS twierdzi, że wygląd to nie powierzchnia, tylko konsekwencje: to, jak inni nas odczytują i co o nas postanawiają. Rysownik sądowy siedzi dokładnie w tym punkcie. Ma prawo patrzeć, kiedy nikt inny nie może, a to, co przeniesie na papier, staje się dla większości ludzi twarzą tego człowieka. Spodziewaliśmy się lekcji o podobieństwie. Wróciło spojrzenie na twarz jako część ciała, które nosi w sobie całą swoją historię.
Poniżej jego własna relacja, lekko zredagowana, jego słowami.
Odpowiedział na wszystkie osiem pytań. Skracaliśmy minimalnie, poprawiliśmy interpunkcję i nie zmieniliśmy niczego w sensie.
Zaczął Pan rysować jako chłopiec w lokalnym sądzie, po odcinku Kojaka. Co zobaczył Pan w tamtej sali, że uznał Pan twarz za coś wartego rysowania?
To było dawno, ale jestem prawie pewien, że chodziło o ludzi, którzy siedzieli nieruchomo, więc mogli być łatwymi modelami. Rodzeństwa nie dało się wtedy rysować, bo nigdy nie siedzieli spokojnie. Chcieli tylko grać w piłkę! Poza tym lubiłem rysować ludzi, bo mój ojciec, malarz amator, zawsze powtarzał, że ludzie to najtrudniejszy temat.
Pana rysunek bywa jedynym obrazem człowieka w najgorszym dniu jego życia, jaki zobaczy publiczność. Co jest Pan winien tej twarzy i gdzie przebiega granica między tym, co Pan rysuje, a tym, co Pan pomija?
Mam nadzieję, że nie pomijam niczego istotnego. Ale oczywiście tuszem nie da się niczego nie pominąć. Liczę więc na to, że widz sam uzupełni luki, i w tym jest element konstruktywizmu. Moje prace sugerują rzeczywistość. Nie są w stanie uchwycić obiektywnej rzeczywistości, choćby bardzo się starały.
Mówił Pan, że ciemnowłosych rysuje się łatwo, a blade, woskowe twarze trudno. Co poza włosami i liniami sprawia, że twarz trudno uchwycić, i po czym Pan poznaje, że kogoś Pan złapał?
Każda twarz ma swój podpis. To on nadaje jej niepowtarzalny charakter. Twarz jest sumą swoich części, ale nie wszystkie części ważą tyle samo. Odrobina za dużo albo za mało tuszu potrafi zepsuć cały oddany charakter. Wyzwanie polega na tym, żeby wszystkie zmienne zagrały razem. To chyba jak magia chodzenia: działa tam mnóstwo sił między kośćmi, ścięgnami, więzadłami, stawami, impulsami nerwowymi i tak dalej, żeby powstał swobodny krok.
Na sali sądowej wszyscy jednocześnie grają i się ukrywają. Czyja twarz zmienia się w ciągu dnia najbardziej i co ją zmienia?
Nie potrafię tego powiedzieć na pewno. Twarz to naprawdę złożony mechanizm i może zmienić się w jednej chwili. Ja rysuję twarz zwykle w kilka minut, ale twarz jest częścią złożonego łańcucha ciała. Właśnie to wydaje mi się miejscem, gdzie spotyka się życie wewnętrzne i zewnętrzne, trochę jak powierzchnia wody, na którą działają siły z góry i z dołu.
Prima Facie pokazała na ścianach około sześciuset postaci z jednego roku sądowego. Co one razem mówią o tym, jak ludzie trzymają się pod presją, czego nie powie pojedynczy rysunek?
Wierzę, że ciało człowieka jest wyrazem jego historii, a zwłaszcza najbardziej przełomowych momentów jego przeszłości. Ludzie są jednak mistrzami manipulacji i w mgnieniu oka potrafią pokazać inne wersje siebie. Ciała mówią złożonymi językami, ale myślę, że chcą być zrozumiane, zaakceptowane i kochane. To pragnienie jest instynktowne, ale łatwo ulega frustracji, którą można wziąć za zło.
Myślę, że rysunek potrafi wyrazić złożoność człowieka, tak jak wzór potrafi opisać skomplikowane zjawisko matematyczne. Ale rysunek, który coś znaczy, to umiejętność nabyta, zbudowana na koniecznym instynkcie artystycznym, który ma według mnie korzenie gdzieś w prehistorii. Niewielu ma to połączenie.
Proces w sprawie Ashling Murphy został w Panu na długo, a ma Pan córkę w jej wieku. Co dzieje się z Pana rysunkiem, kiedy sprawa wchodzi Panu pod skórę?
Z czasem zdarza się to rzadko, ale w tym przypadku, ponieważ utożsamiałem się z rodzicami ofiary, wycofałem się z procesu. To luksus, którego inni nie mają. Ogólnie rzecz biorąc, bywam trochę chłodny, i to jest konieczne.
Pytanie osobiste: całe dnie przygląda się Pan ludziom, którzy nie mogą odwzajemnić spojrzenia. Jak się Pan czuje, kiedy to Pana się ogląda, rysuje albo fotografuje?
Nie przeszkadza mi, że ktoś na mnie patrzy. Patrzą na mnie różni ludzie, od uroczych, niewinnych osób, które spotykam na co dzień, po oskarżonych i skazanych. Muszę przyznać, że nigdy nie miałem nieprzyjemnego doświadczenia. Jestem trochę skrępowany i generalnie nie lubię pozować do zdjęć, choć nie przeszkadza mi, jeśli ktoś sfotografuje mnie bez mojej wiedzy. Narysowano mnie, o ile wiem, raz. Zrobił to koreański artysta w Niemczech. Pokazał mi pracę i była wspaniała.
Który rysunek z wystawy Witness kosztował Pana najwięcej pracy i co w końcu sprawiło, że wyszedł?
Jestem na etapie, na którym nie muszę się bardzo napracować przy rysowaniu. To płynie, nazywam to rysowaniem przez sen, żeby opisać stan rozluźnienia, w jakim wtedy jestem. Pamiętam trening na basenie z jugosłowiańską olimpijką (jestem bardzo daleki od dobrego pływaka), która powiedziała mi, że kiedy nie walczy z wodą, pływa dobrze. Kiedy rysuję, lubię myśleć, że przychodzi to bez wysiłku. Mam nadzieję, że widać to na tej wystawie. Gdybym jednak miał wskazać najtrudniejszy, byłby to rysunek Daniela Kinahana. Z jakiegoś powodu straciłem kontrolę nad ręką, ale w końcu się rozluźniła. Byłem trochę głodny i zmęczony tego niedzielnego wieczoru.
Trzy rzeczy warte zabrania z tej rozmowy.
Po pierwsze, podpis. Człowiek, którego rysunki zastępują zdjęcia, mówi, że podobieństwo to nie suma rysów, tylko ich równowaga, a jedna kreska za dużo potrafi zepsuć cały charakter. To myśl LOOKS, że estetyka polega na eliminowaniu błędów, a nie na pogoni za perfekcją. Po drugie, powierzchnia wody. Twarz jest dla niego miejscem, gdzie spotyka się życie wewnętrzne i zewnętrzne, poruszanym przez siły z góry i z dołu. Wygląd nie jest przeciwieństwem głębi, jest miejscem, w którym głębia się pokazuje. I po trzecie, skrępowany obserwator. Człowiek, który każdego dnia pracy uważnie przygląda się obcym, sam nie lubi pozować do aparatu. Bycie oglądanym nigdy nie jest neutralne, nawet dla tego, kto patrzy.
Mike O’Donnell jest rysownikiem sądowym w Four Courts i Criminal Courts of Justice w Dublinie. Jego prace są na instagram.com/mikodonnell
