Ewelina Pachnik pracuje na pierwszym wrażeniu, które nie ma nic wspólnego z twarzą.
Zanim ktoś skończy nam się przyglądać, usłyszał już trzy nasze słowa i coś zdążyło się rozstrzygnąć. Głos jest tą częścią wyglądu, której nikt nie kuratoruje. Zdjęcia i ubrania ćwiczy się latami, a potem otwiera usta i oddaje resztę za darmo.
Jest wokalistką, trenerką głosu i terapeutką zaburzeń głosu.
Spotyka więc trzy rodzaje ludzi: tych, którzy chcą śpiewać, tych, którzy zawodowo mówią, i tych, którzy głos stracili, a razem z nim dużą część swojego istnienia wśród innych. Rozmawiamy o odległości między głosem, który słyszymy od środka, a tym, który dostają wszyscy pozostali.
Prawie nikt nie znosi swojego nagranego głosu. Co ludzie wtedy słyszą, czego nie słyszą, kiedy mówią?
Bardzo często na zajęciach mówię, że na lekcjach śpiewu nie śpiewamy i nie słuchamy siebie. Brzmi to jak oksymoron, ale jest w tym sporo prawdy. Kiedy mówimy, słyszymy swój głos inaczej niż osoby wokół nas, bo dociera do nas nie tylko przez powietrze, ale i przez przewodnictwo kostne. Na nagraniu ten efekt znika i nagle słyszymy siebie tak, jak słyszą nas inni. Dlatego własny głos potrafi się wydać zbyt wysoki, zbyt cienki albo po prostu nie nasz.
Potem zaczyna się kontrola. Formujemy kształt głosu, zmieniamy kolor, wysokość, sposób prowadzenia dźwięku, żeby zbliżyć się do wyobrażenia, które mamy w głowie. Czasem projektujemy go na wzór idoli, czasem na wzór tego, jaki naszym zdaniem powinien być. Problem pojawia się wtedy, kiedy w tej pogoni tracimy swobodę, lekkość i elastyczność. Paradoksalnie zaczynamy dusić w sobie ten głos, który tak bardzo chcielibyśmy usłyszeć.
Dlatego w pracy nad głosem najważniejsze jest dla mnie nie to, żeby ktoś ładnie brzmiał, tylko żeby miał warunki do odkrycia własnego brzmienia. Bez ciągłego oceniania siebie. Bardzo szybko odzywa się wewnętrzny krytyk i zaczyna się gonienie ideału, który sami wcześniej stworzyliśmy. Dopuszczenie do siebie swobodnego głosu, bez natychmiastowego poprawiania go, potrafi być zaskakująco emocjonalnym doświadczeniem. Spotykamy się wtedy nie tylko z dźwiękiem, ale z tym, jak siebie oceniamy.
Co Ty słyszysz w pierwszych sekundach czyjejś wypowiedzi, zanim ta osoba zdąży cokolwiek o sobie powiedzieć?
Słyszę przede wszystkim, w jakim stanie emocjonalnym i w jakiej kondycji psychofizycznej ta osoba może być. Głos nie mówi mi wszystkiego i nie daje podstaw do diagnozy, ale potrafi bardzo wiele zasugerować.
Zwracam uwagę na tembr: czy jest ciemny, jasny, czysty, zachrypnięty, zaciśnięty, swobodny, płynny, przerywany, zduszony, mocny czy lekki. Takie cechy mogą wskazywać na napięcie, zmęczenie, stres albo trudności w funkcjonowaniu głosu, ale ich przyczyny bywają bardzo różne. W pierwszych sekundach nie znam jeszcze historii człowieka, więc nie wyciągam daleko idących wniosków. Mogę jednak usłyszeć drżenie, zobaczyć zaciśniętą szczękę, napięcie w okolicy krtani, uniesione barki, sposób oddychania.
Najważniejsze jest dla mnie to, że głos nie działa w izolacji. Jest związany z oddechem, napięciem mięśniowym, postawą i stanem emocjonalnym. Słuchając głosu, obserwuję całego człowieka.
Pracujesz z zaburzeniami głosu. Co dzieje się z człowiekiem, który traci głos na dłużej, poza samą niemożnością mówienia?
Utrata głosu rzadko dotyczy wyłącznie mówienia. Badania pokazują, że na funkcjonowanie głosu mogą wpływać stres, silne doświadczenia emocjonalne, napięcie psychofizyczne, cechy osobowości czy ogólna kondycja organizmu. To nie znaczy, że każda trudność emocjonalna prowadzi do zaburzeń głosu, ale u części osób te obszary bywają powiązane.
Człowiek nie funkcjonuje w częściach. Jeśli ktoś traci głos na dłużej, konsekwencje bywają bardzo trudne psychicznie, zwłaszcza gdy wcześniej był ekspresyjny, towarzyski albo pracował głosem zawodowo. Nagle zostaje ograniczona możliwość komunikowania się, wyrażania emocji, zgody, sprzeciwu, po prostu zaznaczania swojej obecności.
W dużej mierze utożsamiamy się z własnym głosem. Nadajemy mu barwę, tempo, ekspresję i w pewnym sensie kreujemy nim to, jak chcemy być odbierani. Kiedy dostęp do tego narzędzia zostaje ograniczony, pojawia się frustracja, lęk, wycofanie, poczucie utraty części siebie. Wtedy łatwo tworzy się błędne koło: im większy stres, tym większe napięcie ciała i potrzeba kontrolowania dźwięku, a to utrudnia powrót do swobodnej fonacji.
Głos da się ćwiczyć i ustawiać. Kiedy to jeszcze jest praca nad sobą, a kiedy zaczyna brzmieć sztucznie?
Granica zależy od tego, do czego dążymy. Jeśli kreujemy swój głos na wzór idealnego modelu, na przykład ulubionego artysty, bardzo łatwo oddalić się od własnych możliwości.
Każdy z nas ma inną budowę anatomiczną. Różnimy się wzrostem, wielkością ciała, rozmiarem krtani, chrząstek, fałdów głosowych, całego traktu głosowego. Mamy inne możliwości akustyczne, więc nie możemy oczekiwać, że zabrzmimy dokładnie jak ktoś, kto ma zupełnie inny instrument.
Dla mnie głos zaczyna brzmieć sztucznie wtedy, kiedy człowiek przestaje korzystać ze swojego instrumentu, a zaczyna nieustannie produkować określony efekt. Kiedy ważniejsze staje się to, jak głos powinien brzmieć, niż to, czy jest swobodny i zgodny z możliwościami tej osoby. Dobra praca nad głosem nie polega na ustawieniu go raz na zawsze, tylko na stworzeniu warunków, w których można z niego korzystać świadomie i na wiele różnych sposobów.
Kobiety słyszą, że mówią za wysoko albo za cicho, mężczyźni, że za mało stanowczo. Ile w tym akustyki, a ile cudzych oczekiwań?
Jest w tym jedno i drugie. Możemy pracować nad wysokością głosu, natężeniem, rezonansem, tempem mówienia, oddechem, prowadzeniem frazy. Wiele z tych rzeczy da się rozwinąć z dobrym trenerem. Natomiast określenia w rodzaju za cicho, za wysoko, za mało stanowczo nie zawsze mówią o samym głosie. Często mówią o tym, czego ktoś od nas oczekuje i jaki sposób mówienia uznaje za odpowiedni dla kobiety, mężczyzny, lidera czy osoby pewnej siebie.
Dlatego rozróżniam rozwijanie możliwości głosu od dopasowywania człowieka do cudzego wyobrażenia. Można mieć ogromny potencjał, ale jeśli przez lata słyszy się, że mówi się źle, za głośno, za miękko, takie komunikaty potrafią mocno wpłynąć na sposób używania głosu. Słowa mają moc, czasem wspierają rozwój, a czasem blokują go na wiele lat.
Celem tej pracy nie jest jeden właściwy sposób mówienia. Chodzi o to, żeby człowiek miał wybór i potrafił mówić mocniej, ciszej, wyżej, niżej, kiedy sam tego potrzebuje, a nie dlatego, że ktoś mu narzucił, jak ma brzmieć.
Jest moment, w którym ktoś pierwszy raz słyszy swój własny, wolny głos. Jak to wygląda z Twojej strony?
Takie momenty są niezwykłe i ja też mocno je przeżywam. Czasem pojawiają się łzy, czasem śmiech, krzyk, niedowierzanie albo po prostu cisza. Najczęściej przychodzą mi do głowy dwa słowa: szczęście i wolność. Ktoś nagle słyszy w swoim głosie coś, czego wcześniej nie znał albo na co sobie nie pozwalał.
Czuję wtedy ogromną satysfakcję, ale nie dlatego, że komuś ustawiłam głos. Raczej dlatego, że mogłam towarzyszyć tej osobie i pomóc jej dojść do miejsca, które wcześniej wydawało się nieosiągalne. Staram się wtedy być obecna i nie analizować od razu tego, co się wydarzyło, tylko pozwolić jej tego doświadczyć. Pierwszy kontakt z własnym, swobodnym głosem bywa czymś znacznie większym niż zmiana brzmienia.
Śpiewasz i uczysz. Jak się czujesz, będąc tą słuchaną, a nie tą, która słucha?
To dwa zupełnie różne światy. Na scenie wchodzę w inny rodzaj przygotowania, koncentracji i stresu. Śpiewając dla innych, czuję się jak ryba w wodzie, choć oczywiście mierzę się wtedy z oceną. Najbardziej lubię momenty, w których nie muszę skupiać uwagi na technice i mogę śpiewać prosto z serca, a nie tak, jak ktoś kiedyś mi nakazał.
Przez wiele lat w procesie kształcenia miałam z tym problem. Łatwo było mi wejść w tryb kontrolowania siebie, poprawiania każdego szczegółu, dążenia do doskonałości. Dziś staram się śpiewać tak, żeby mieć z tego przyjemność, a nie traktować występ jak cichy obowiązek bycia idealną.
Uwielbiam moment, w którym atmosfera gęstnieje i wszyscy na chwilę się zatrzymujemy. Największym prezentem, jaki mogę sobie zrobić, jest zaśpiewać tak, żeby słuchacz na moment przestał oddychać. Wtedy wiem, że coś poczuł, na swój własny sposób.
Był uczeń, który zmienił Twoje myślenie o głosie? Co takiego zrobił?
Nie był to jeden konkretny uczeń. Wiele osób, z którymi pracowałam, zmieniało moje myślenie o głosie i nadal je zmienia. Mogę mieć wiedzę, doświadczenie i plan działania, ale człowiek bardzo często pokazuje mi coś, czego wcześniej nie brałam pod uwagę. Będąc przewodnikiem dla innych, cały czas sama się uczę.
Najbardziej poruszają mnie sytuacje, w których coś na początku wydaje się niemożliwe, a z czasem okazuje się, że da się znaleźć inną drogę. To nauczyło mnie, żeby nie wydawać zbyt szybko wyroku na czyjś głos i nie odbierać komuś możliwości rozwoju tylko dlatego, że na początku czegoś nie potrafi. Głos potrafi się zmieniać, ciało potrafi się zmieniać, sposób korzystania z własnego instrumentu również. Moja praca nieustannie uczy mnie tego, żeby nie pozbawiać nikogo marzeń.
